ŁÓDŹ. Jestem po lekturze artykułu Aleksandry Hac "Rower - nie dla idiotów. Karta rowerowa - dla wszystkich". Na rowerze jeżdżę do pracy trzeci rok z rzędu. Namówił mnie na to mój chłopak, kupiliśmy dobry rower, zaczęłam sobie powoli budować kondycję. Muszę przyznać, że sprawia mi to frajdę, choć w Łodzi jest to niestety nadal dość stresująca rozrywka.
Chciałabym się odnieść do uwagi o jeździe po chodniku. Mam wrażenie, że autorka artykułu jest generalnie zbulwersowana faktem, iż rowerzyści jeżdżą po chodniku w ogóle, choć w pewnych sytuacjach mają do tego pełne prawo. Jako osoba z mało zachwycającą kondycją wolę jechać po chodniku np. na wiadukcie na Kopcińskiego, niż włączać się do ruchu, gdzie stanowiłabym zagrożenie dla siebie i innych.
Nie ma ścieżek rowerowych, a wielu rowerzystów, w tym tych z przyczepkami, z dziećmi, z biegnącymi obok psami po prostu nie powinno się poruszać po jezdni - to jest zbyt niebezpieczne. Poza tym chciałabym zauważyć, że mało która z większych łódzkich dróg jest przemierzana przez kierowców z prędkością 50 km/godz. Zwykle samochody jadą około 70 km/godz. Że o stanie wielu nawierzchni nie wspomnę.
Wielu kierowców lekceważy rowerzystów. Spychają ich na krawężnik, trąbią za plecami lub podczas wyprzedzania, czasem nagle otwiera się okno samochodu i jakiś niezwykle dowcipny człowiek popycha rowerzystę.
W dużych miastach europejskich, gdzie kultura rowerowa jest wysoko rozwinięta, wszędzie można dotrzeć po ścieżce rowerowej, jest masa stojaków na rowery, można pozwolić sobie na zachowanie chodników tylko dla pieszych.
U nas, przy infrastrukturze niezbyt przyjaznej dla rowerzysty, najpierw należało by się zastanowić, co zrobić, by zapewnić użytkownikom jednośladów bezpieczną drogę do pracy czy szkoły, a dopiero potem zastanawiać się nad kartą rowerową, jeśli nadal byłaby potrzebna.