Kandydaci na prezydenta o obwodnicach nic nie mówią
KRAKÓW. Walczących o prezydenturę Krakowa kandydatów łączy milczenie na jeden temat: rząd nie chce budować obwodnic Krakowa. To dziwne, bo bez tych dróg już zawsze będziemy stali w korkach
Z Warszawy dochodzą bardzo niepokojące dla Krakowa wieści: rząd tnie plany budowy dróg, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad wycofuje się z obietnic finansowania północnej obwodnicy Krakowa.
Jeśli państwa nie stać na wsparcie budowy dróg, które mogą mieć znaczenie z punktu widzenia kraju, to tym bardziej nie ma co liczyć, by dołożyło również do tzw. III obwodnicy Krakowa - trasy mającej łączyć al. Armii Krajowej, tunelem pod Wzgórzem św. Bronisławy, z Pychowicami i Łagiewnikami. Udział budżetu państwa w tych inwestycjach jest konieczny. Ich łączny koszt wynosi około 5 mld zł, a takich pieniędzy Kraków nie będzie w stanie uzbierać.
W świetle trwającej kampanii wyborczej to bardzo ważny temat. Nie ma bowiem co marzyć o zmniejszeniu korków na ulicach Krakowa, jeśli opisane drogi nie powstaną. Każdy kolejny prezydent miasta powinien mieć w swoim programie walkę o pieniądze rządowe na wymienione obwodnice. Kandydaci i wspierający ich posłowie związani z Krakowem powinni przerzucać się teraz pomysłami dotyczącymi uchwał i ustaw. Szczególnie ci z PO, bo im najłatwiej dotrzeć do ministra infrastruktury. Chwalił się tym przecież szef krakowskiej PO - poseł Łukasz Gibała. Tymczasem panuje cisza.
Milczenie kandydatów w tej sprawie nie jest jednak szczególnie zdumiewające, gdy pogrzebać w ich zapowiedziach przedwyborczych. Każdy z nich zdaje sobie sprawę - o ile w ogóle rozumie problem - że przekonanie obecnej ekipy rządzącej, by dołożyła się do budowy wymienionych tras, graniczy obecnie z niemożliwością: budżet na budowę najważniejszych dróg w Polsce niebezpiecznie się skurczył.
Szczególne nadzieje na odważne wypowiedzi na temat obwodnic należałoby wiązać ze Stanisławem Kracikiem. Umocowany w rządzącej PO obiecuje przecież, że chce odkorkować Kraków oraz że potrafi zdobyć pieniądze na budowę premetra. Skoro tak, tym łatwiej powinno mu pójść ze zdobyciem dla Krakowa pieniędzy na kilka razy tańsze obwodnice. Jakże mylne to wnioskowanie. Metro to dziś zaledwie kreski na planszach, więc doprowadzenie do podpisania umowy z wykonawcą zajmie minimum osiem lat. Można zatem obiecywać, a budowę obwodnic dałoby się rozpocząć nawet za dwa lata. Czasu na negocjacje z rządem tnącym wydatki ile wlezie zostało więc za mało, by gwarantować ich sukces.
Pod tym względem zgrzebny program wyborczy prezydenta Jacka Majchrowskiego, który obiecuje kontynuację rozpoczętych projektów, wydaje się więc dużo bardziej realistyczny. Prezydent nie obiecuje obwodnic, bo zapewne nie łudzi się, że wskóra coś w kręgach rządzących Polską; w miejskich planach budowę III obwodnicy odsunął na trzecią dekadę tego wieku. Również w sprawie północnego obejścia miasta niezależny politycznie prezydent ma i będzie miał niewiele do powiedzenia, o czym również doskonale wie. Polska scena polityczna jeszcze wiele lat powinna trzymać się prawej strony, a Majchrowski w Warszawie będzie niechcianym dzieckiem, sam zresztą niezbyt garnie się do odwiedzania stolicy, by lobbować dla Krakowa.
O inwestycyjnych planach i zdolnościach kandydata PiS-u Andrzeja Dudy trudno w ogóle coś powiedzieć. Na razie zajmuje się przepraszaniem za ostre wypowiedzi związane z katastrofą pod Smoleńskiem i obiecuje kolej aglomeracyjną. Świetnie, tyle że nawet nie próbuje wytłumaczyć, w jaki sposób chciałby swoje plany sfinansować. A jeśli chodzi o współpracę z PO, jest chyba na jeszcze gorszej pozycji niż profesor Majchrowski.