KRAKÓW. Krakowscy urzędnicy wciąż wzbraniają się przed umożliwieniem rowerzystom jazdy pod prąd. Nie przekonuje ich nawet wprowadzenie takiego rozwiązania w Gdańsku. Pojawiła się jednak nadzieja na rzeczową dyskusję
Gdański Zarząd Dróg i Zieleni z początkiem lipca obniżył dopuszczalną prędkość na drogach w śródmieściu do 30 km/h i pozwolił rowerzystom na jazdę drogami jednokierunkowymi pod prąd. Na ponad 30 ulicach pod znakiem "droga jednokierunkowa" lub zakazem ruchu pojawiła jest tabliczka "nie dotyczy rowerów". Na niektórych ulicach dodatkowo namalowano na jezdni kontrapasy. Od wielu miesięcy walczą o to również rowerzyści w Krakowie.
Do niedawna krakowscy urzędnicy i drogowcy utrzymywali, że gdańskie plany to plotki i takie rozwiązanie na pewno nie zostanie wprowadzone. Zarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu tłumaczy, że problem stanowią przepisy Ministerstwa Infrastruktury, według których jazda pod prąd jest nielegalna, a kontrapas można wprowadzić jedynie na odpowiednio szerokich ulicach. W oparciu o te same przepisy wprowadzono jednak innowacje w Gdańsku.
- Do tej pory w rozmowach z urzędnikami był całkowity impas. Nie chcieli nawet słyszeć o kontrapasach. Do takiej absurdalnej sytuacji doszło na ul. Mostowej. ZIKiT tłumaczy, że nie może tam wprowadzić pasa rowerowego, bo musiałby zlikwidować część miejsc parkingowych - mówi Adam Łaczek, założyciel grupy "Rowerem legalnie pod prąd". Brak kontrapasa powoduje tam, że nowa kładka pieszo-rowerowa jest dla rowerzystów dostępna tylko w jedną stronę. Do kładki można dojechać z Kazimierza, ale wracać z Podgórza trzeba ul. Podgórską.
Niektórzy krakowscy urzędnicy przekonywali nawet gdańszczan, że ich pomysły są nielegalne i niebezpieczne. Marek Dworak, dyrektor Małopolskiego Ośrodka Ruchu Drogowego, osobiście dzwonił kilka tygodni temu do gdańskich urzędników, namawiając do wstrzymania działań. Wczoraj zaznaczał, że nie jest przeciwnikiem wprowadzania ułatwień dla rowerzystów. Muszą być jednak zgodne z prawem, dlatego na ich wprowadzenie potrzebny jest czas. - Na ulicach nie może zapanować anarchia, a tak by się stało, gdyby rowerzyści jeździli pod prąd wszędzie i bez odpowiednich oznaczeń - mówi Dworak. - Jazdę pod prąd można by wprowadzić tylko w strefie ograniczonego ruchu. Sama tabliczka "nie dotyczy rowerów" wystarcza tylko na ulicach objętych zakazem ruchu. Na drogach jednokierunkowych konieczny jest dodatkowo znak namalowany na jezdni: kontrapas lub sylwetka rowerzysty. Lobby rowerowe powinno więc raczej walczyć w Ministerstwie Infrastruktury o zmniejszenie wymaganej szerokości kontrapasa, dzięki czemu mogłoby ich być więcej - dodaje.
Podkreśla też, że trzeba rozwiązać sprawę ul. Mostowej (nawet kosztem miejsc parkingowych), żeby inwestycja warta kilkadziesiąt milionów złotych nie poszła na marne.
Z rowerzystami chce się spotkać zastępca prezydenta miasta ds. infrastruktury Wiesław Starowicz. - Mamy nadzieję, że to znak zmiany nastawienia ze strony władz miasta. Nie chcemy wprowadzać rewolucji od razu w całym Krakowie, ale zacząć od strefy B i Kazimierza. Argumenty, że ruch pod prąd można wprowadzić tylko za pomocą poziomych znaków na jezdni, są nieprawdziwe. Jest jeszcze oznakowanie pionowe, do którego trzeba się stosować. Nie zmienia tego ani strefa A, ani żadna inna - twierdzi Łaczek.