KRAKÓW. PKP w standardzie swych drugoklasowych usług oferują dziurawe firanki, zasikany po sufit klozet, interakcję międzypasażerską w ośmioosobowych przedziałach, niewyłączalną w lipcu i niewłączalną w styczniu klimatyzację. Za taki komfort w trakcie trzygodzinnej podróży z Radomia do Krakowa jako student płacę 26 zł i 46 gr.
Co innego klasa pierwsza. Tu jest estetyczny, połyskujący, przetarty domestosem świat. W niej bogaci Polacy mogą w samotności oddać się błogostanowi snu. Przy tym, co niezmiernie ważne, nie są narażeni na brud, smród i ubóstwo pospólstwa jeżdżącego w klasie drugiej. Czasy się jednak zmieniają. W piątek o godz. 17.48 na dworcu w Radomiu czekałem na pociąg do Krakowa. Gdy już dojechał, jąłem szukać klasy drugiej. Miła pani konduktorka oznajmiła mi jednak: "Klasa pierwsza jest zdeklasowana na drugą, proszę wsiadać, gdzie pan chce". Wszedłem więc do klasy pierwszej. A tam starą jedynkę, która sugerowała, że wagon jest pierwszej klasy, ktoś zakleił białą kartką formatu A4, na której czarnym długopisem namalowano "2KL". I tak dzięki białej kartce i czarnemu długopisowi mogłem za 26,46 zł przejechać się luksusem w standardzie klasy pierwszej. Sprawa ma niestety jeden niemiły wątek. W przedziale doświadczony pasażer opowiedział mi, że kiedyś PKP z klasy drugiej zrobiły pierwszą. Wtedy konduktor nie był tak miły, zabronił przesiadki do niższej klasy i wypisał mandat 300 zł.