KRAKÓW. Pięciu robotników zablokowało we wtorek przejazd obwodnicą Krakowa. Przed południem utworzył się wielokilometrowy korek, bo nikt o remoncie nie informował. Zarząd drogi tłumaczy, że na komunikaty nie było czasu.
We wtorek rano na obwodnicy Krakowa rozpoczął się remont fragmentu jezdni o szerokości dwóch metrów. Prace doprowadziły do zatoru liczącego według strażaków 10 km. - Godzina spędzona w korku to jeszcze nic. Kiedy zobaczyłem, że drogę blokuje kilku panów beztrosko dłubiących w asfalcie, puściły mi nerwy - skarżył się Czytelnik dzwoniący do "Gazety".
Nagłej naprawy wymagał element łączący jezdnie wiaduktu prowadzące od Opatkowic w kierunku Balic. Element mógł wypaść na jezdnię i spowodować wypadek. Jacek Gryga, dyrektor krakowskiego oddziału Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, zapowiada, że remont powinien potrwać maksymalnie trzy dni. - Taki termin obiecał wykonawca remontu sprzed dwóch lat, który został obciążony kosztami naprawy - deklaruje Gryga.
Kierowcy stojący w korku narzekali jednak, że nie było żadnych informacji o trwających pracach i utrudnieniach - ani na wylotach remontowanej drogi, ani na oficjalnej stronie GDDKiA, ani w mediach. O korku dowiadywali się, gdy już w nim stali.
- Decyzja o remoncie zapadła z dnia na dzień. Poluzowany element stwarzał olbrzymie zagrożenie dla bezpieczeństwa kierowców. Nie zdążyliśmy przesłać komunikatu z odpowiednim wyprzedzeniem - przyznaje Gryga.
Korek był spowodowany przede wszystkim ograniczeniem ruchu z dwóch pasów do jednego. Do jego upłynnienia nie wykorzystano bowiem trzeciego pasa przeznaczonego do skrętu w prawo na węźle Mirowskim. Gdyby wykorzystano ten pas, kierowcy, zamiast zjeżdżać z dwóch nitek na jedną, mogliby omijać remontowane miejsce węższymi co prawda, ale dwoma pasami. Musieliby ograniczyć prędkość, ale korka by nie było. W Polsce jednak nikt nie stosuje takiego rozwiązania w czasie remontów. Kierowcom pozostawia się tylko jeden pas, nawet jeśli szerokość jezdni pozwala na uruchomienie pasa awaryjnego.
- Moim zdaniem ograniczenie ruchu tylko do jednego pasa to zwykłe pójście na łatwiznę - ocenia Marek Dworak z Małopolskiego Ośrodka Ruchu Drogowego. - Wykorzystanie wąskiego pasa awaryjnego w przypadku remontów jest stosowane w krajach całej Europy. To sprawdzony pomysł. Niedawno jechałem austriacką autostradą pod Salzburgiem. Trwał remont na odcinku 13 km i nie ograniczono liczby pasów ruchu, a jedynie je zwężono - zaznacza.
Jak twierdzi Gryga, kiedy do GDDKiA dotarła informacja, że element mostu może wypaść na jezdnię, nikt nie miał głowy, by planować organizację ruchu. Stąd ograniczenie tylko do jednego pasa. - Przyznaję, że czas najwyższy, by zacząć wprowadzać przy remontach dwa węższe pasy. Tyle że na początek musimy to zrobić na zaplanowanym z góry remoncie, a nie z zaskoczenia - zastrzega Gryga.
Policja wysłała na obwodnicę patrole, ale funkcjonariusze nie przekierowują ruchu na inne drogi. Wtorkowe wydarzenia na obwodnicy wskazują na to, że zatory nie znikną aż do zakończenia remontu.
Komentarz Bartosza Piłata
Mały remont sparaliżował rano ruch na obwodnicy Krakowa. Awaria była niespodzianką, ale normą była organizacja ruchu, jaką zastosowano, a więc zwężenie do jednego pasa. Wytłumaczenie szefa GDDKiA nie wystarcza. Bo w razie konieczności nagłego remontu powinien wyciągnąć z szafy kopertę, w której opisana jest procedura organizacji ruchu w takich przypadkach. Nikt nie neguje potrzeby nagłej naprawy, ale zarządzający drogą na niespodzianki powinien być przygotowany. Bo to droga nie dla remontujących, ale dla kierowców.