KRAKÓW. 300 pociągów Przewozów Regionalnych nie wyjechało w środę z Krakowa na trasy. Około 30 tys. pasażerów musiało szukać innego środka transportu. 600 tys. zł - na taką kwotę szacowane są straty kolejowej spółki w Małopolsce
"Dobrze wiemy, jakie to dla Państwa problemy i frustracje. Bardzo przepraszamy. Spróbujcie zrozumieć i nas. Chcemy godnie żyć" - kartka z takim napisem czekała na pasażerów, którzy chcieli kupić bilet w kasach w tunelu "Magda" krakowskiego dworca głównego.
Przez cały dzień w trasę nie wyjechał ani jeden pociąg PR. Zamknięte były również kasy tego przewoźnika. Przewozy Regionalne nie zapewniły też komunikacji zastępczej. Z jednym wyjątkiem: specjalny autobus dowoził pasażerów z dworca Kraków Główny do Balic.
Mimo to na peronach krakowskiego dworca było spokojnie. Pasażerowie wiedzieli wcześniej o strajku, na dworzec przyszli tylko ci, którzy mieli bilety na pociągi dalekobieżne.
Gorzej wyglądała sytuacja w podkrakowskich gminach. - Część moich kolegów przyjechała do pracy samochodem, mimo że zwykle dojeżdżają pociągiem. Nasza firma wynajęła też minibus, który spod Galerii Krakowskiej zawiózł nas do biura. Gdyby nie to, punktualne dotarcie do pracy byłoby poważnym problemem - mówiła "Gazecie" Anna Gross, która pracuje w jednej z firm w Zabierzowie.
Na strajk kolejarzy narzekały także władze tej gminy. - Protest kolejarzy to ogromne utrudnienie dla mieszkańców Zabierzowa dojeżdżających do pracy w Krakowie. Wiele osób podróżuje też w drugą stronę - do pracy w Business Parku w naszej gminie. Strajk poważnie skomplikował plany pasażerów. A my ciągle przecież zachęcaliśmy do korzystania z kolei... - żali się Elżbieta Burtan, wójt Zabierzowa. I dodaje: - Przecież przez środek naszej gminy przebiega linia kolejowa, której nie można nie wykorzystywać. Przy okazji protestów kolejarzy nie działa też system park&ride, który cały czas staramy się promować.
Strajk generalny to następstwo protestu ostrzegawczego związkowców sprzed półtora miesiąca. Pociągi PR stanęły wówczas na dwie godziny. Kolejarze ostrzegali wówczas, że jeśli nie otrzymają obietnicy podwyżek, są gotowi na strajk generalny. Dyskusja o jego rozpoczęciu zapadła ostatecznie we wtorek wieczorem, kiedy związkowcom nie udało się osiągnąć porozumienia z zarządem PR.
Kolejarze domagali się podwyżek pensji o 280 zł dla każdego pracownika. Po wielogodzinnych negocjacjach w Ministerstwie Infrastruktury zarząd PR zgodził się na tę propozycję, ale pieniądze chciał rozłożyć na raty. Sierpniowa pensja miała być wyższa o 120 zł, o kolejne 100 zł wynagrodzenie miało wzrosnąć we wrześniu 2012 r. Brakujące 60 zł kolejarze mieli dostać w styczniu 2013 r. Związkowcy nie zgodzili się jednak na taki wariant. - To prawda, że domagaliśmy się 280 zł podwyżki, ale raty, jakie zaproponował nam zarząd, były dla nas nie do przyjęcia. Pełną kwotę mieliśmy uzyskać dopiero w 2013 r., a przecież nie mamy pewności, że do tego czasu nasza spółka będzie jeszcze istnieć. Zresztą, jak na razie wszystko wskazuje, że wtedy już Przewozów Regionalnych nie będzie - mówi Ireneusz Dynowski z komisji zakładowej "Solidarności" działającej w małopolskich PR.
Związkowcy domagają się także zmiany sposobu zarządzania spółką. - Marszałkowie jako jej współwłaściciele działają faktycznie na jej szkodę, tworząc nowe spółki, takie np. jak Koleje Dolnośląskie czy Mazowieckie. To jawna niegospodarność! - denerwuje się Dynowski. - Nowe spółki próbują podkupywać nam pracowników. Maszynista może w nich zarobić na początek nawet 5,6 tys. zł, podczas, gdy u nas dostaje ok. 2,5 tys. zł na rękę. Wprawdzie otrzymaliśmy od zarządu województwa zapewnienie, że takich posunięć w Małopolsce nie będzie, ale przecież nie mamy pewności, co stanie się za kilka miesięcy.
Tymczasem przewoźnik już zaczyna liczyć straty wywołane strajkiem. - Jeszcze zbyt wcześnie, by podawać dokładne wyliczenia - zastrzega Barbara Węgrzynek, rzecznik prasowy małopolskiego zakładu PR. - Wstępnie szacujemy jednak, że strajk może kosztować nasz zakład łącznie nawet ok. 600 tys. zł.